Zdarzyło się to pomiędzy spadkiem formy Małysza, a pogrzebem papieża. Ona była piękna, a ja byłem cyniczny; ona umiarkowanie, ja nieudolnie. Spotkałem ją na dyskotece albo w klubie jakimś, gdzie udałem się zapewne w celu upodlenia ostatecznego. Ona stała pod ścianą paląc papierosa, choć palenie papierosów wcale nie było już wtedy modne i markowała rozmowę ze swoim potencjalnym chłopakiem, mężem, narzeczonym, przyjacielem, kochankiem lub ojcem przyszłych dzieci. Miałem cholerną ochotę zapalić.
“Przed otwarciem opakowania foliowego delikatnie przesunąłem ją wewnątrz tak, aby rozrywając opakowanie nic nie uszkodzić. Nie używałem ostrych narzędzi. Ostrożnie się z nią obchodziłem. Wyjąłem z opakowania w ten sposób, aby uniknąć uszkodzenia paznokciem, biżuterią itp.”
Spoglądała na mnie może i nawet wymownie, ale zbywałem to udawaną obojętnością. Jednak gdy tylko odwracała wzrok w drugą stronę, zaczynałem zachłannie wpatrywać się w obiekt mych pragnień. Papieros, i to nie żaden mentolowy ani superlight; ten papieros, który ona właśnie trzymała w swojej dłoni i który tak jawnie do tej delikatnej dłoni nieprzystawał; ten sam, który nie był już ani modny, ani trendy, ani jazzy, czy jak to się tam teraz mówi. To właśnie tego papierosa chciałem wtedy zapalić i to jego dymem miałem ochotę wypełniać swoje płuca. Tylko on miał bowiem tę cudowną moc uzasadnienia mojej bezczynnej obecności i knajpianego przy ścianie zastania. Gdybym tak stał paląc, to moje istnienie (tu i teraz) byłoby już czymś poparte. Stałbym i miałbym alibi do ewentualnego pytania: co tu tak stoisz bez sensu? Ależ nie stoję bez sensu - stoję bo palę. Stoję aby palić, istnieję aby stać, a to już jest coś.
“Jedną ręką ścisnąłem za zbiorniczek, a drugą nałożyłem. Przylegała ściśle do szczytu. Pozostawiłem nieco wolnego miejsca, eliminując z jej wnętrza powietrze przez ściśnięcie opuszkami palców.”
Nie wiem, co ona we mnie widziała. Czy zachodziły w jej głowie jakieś dziwne operacje chemii emocjonalnej? Czy faszerowała się już marzeniami, przylepiając mi w wyobraźni plakietkę swojego potencjalnego chłopaka, męża, narzeczonego i tak dalej? Ważne było, że to ze mną opuściła ową dyskotekę bądź klub i to do mnie zdecydowała się udać. Może w półmroku przypominałem swą posturą jej ideał podniosły, a może była już tak desperacko znudzona, że szukała osobistego Quasimodo dla odzyskania świeżości wrażeń. Może trochę za dużo wypiła i puściły jej hamulce, albo też wręcz przeciwnie, wszystko było zaplanowane i zostałem sprowadzony do poziomu kolejnej pozycji na liście jej podbojów. Cóż to zresztą miało za znaczenie, skoro poszliśmy do mnie.
Podczas drogi udało mi się przefastrygować swoją mentalność na potrzeby jej wymagań duchowych, przez co rozmowa się nawet kleiła. Raz po raz wybuchaliśmy śmiechem zupełnie niewymuszonym.
- Dobrze się z tobą bawię, wiesz? - powiedziała chcąc podkreślić, gdy już siedzieliśmy u mnie na kanapie, radosny ton. I od tej pory, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się popsuło. Nagle zniknęły resztki spontaniczności, a pojawił się przymus “dobrej zabawy”. Od tej pory wszystko co robiliśmy, naznaczone zostało tą miażdżącą koniecznością.
“Powyższe czynności wykonywałem ostrożnie, aby nie spowodować jej uszkodzenia. Uważnie się wycofałem, przytrzymywałem krawędź, po czym zsunąłem ją, zawinąłem w papier i miałem zamiar wyrzucić do kosza.”
Nie wiedząc jak się zachować, postanowiłem że ją pocałuję. Zrobiłem to tak, jak całuje się kobiety, które nie mają większego znaczenia. Zdjąłem z niej ubranie, tak jak zdejmuje się ubranie z kobiety, której będzie się potem unikać. Robiłem wszystko tak, jak robi się to w sytuacji obojętnej, aż wreszcie zacząłem uprawiać z nią seks, tak jak uprawia się seks z kobietą, która jest dla ciebie wszystkim. Inaczej się nie da, bo tu już wchodzi w grę pieprzona ambicja.
Nie powiedziałem, że ją kocham; nie powiedziałem również, że jest piękna ani nic w tym rodzaju. Mogłem powiedzieć, że ładnie pachnie, bo to się akurat zgadzało z prawdą. Pachniała ładnie - co najwyżej tyle.
“Więc dlaczego do cholery pękła?”
pomyślałem, podsumowując ciąg okoliczności niesprzyjających, i wyrzuciłem do kosza ulotkę dołączoną do opakowania prezerwatyw Unimil. Cóż za upadek obyczajów, cóż za otępnienie moralne musiało nas dopaść, skoro poszliśmy do łóżka znając się zaledwie kilka godzin. Trzeba się było zorientować wcześniej; uciekać już wtedy, gdy dawała mi papierosa z tym nieskrywającym szpetoty intencji uśmiechem. Siedziałem w poczekalni do ginekologa i zdawałem sobie sprawę, że pęknięta prezerwatywa to kara za nasze upodlenie wewnętrzne, za splugawienie i sprzeniewierzenie się jedynej wartości, która mogła nadać naszemu życiu jakiś sens. Widziałem wtedy przez moment bardzo wyraźnie, że miłość to nie jest coś, co można robić według instrukcji dołączonej do opakowania, że nie można tu igrać na fali wyuczonych sztuczek i chwytów, prowadzących niezawodnie do upragnionego celu. A potem ona wyszła z gabinetu, ja na nią spojrzałem i przypomniałem sobie, że miłości przecież nie ma.
Poszliśmy do apteki i za pieniądze, które miałem zamiar przepić, kupiliśmy Postinor. Potem pożegnaliśmy się bez zbędnego rozczulenia i wolnym krokiem wróciłem do domu. W duchu żywiłem głębokie przekonanie, że lepiej będzie, jeśli tym razem to ona przeczyta instrukcję na ulotce.
Leave a reply