Mam dziwny kaprys, aby napisać coś o sobie. Dużo chodzę. Lubię chodzić, bo wtedy najlepiej mi się myśli. Myśl siedząca, myśl głęboko w fotelu osadzona, tudzież myśl przejściowo na krześle osiadła - to mnie zupełnie nie bawi. Ja lubię myśl poruszającą się, myśl chodzącą, by nie powiedzieć, że nawet z lekka przechodzoną. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że chodzenie moje wywołuje dziwne reakcje otoczenia. Co tu dużo gadać, ja po prostu nie potrafię chodzić w taki sposób, aby ludzie nie zwracali na mnie uwagi. Podobno robię to dziwnie. Na czym ta dziwność polega nie mam pojęcia, zmienić tego również nie jestem w stanie. Tak już po prostu jest.
- Ciebie to łatwo poznać po kroku - powiedział mi ktoś kiedyś.
- Że niby ty mnie poznajesz po kroku? - spytałem niezbyt przytomnie.
- Tak, poznaję - odpowiedział ktoś kiedyś.
- To nie patrz się w mój krok, zboczeńcu jeden - odpowiedziałem przytomniej.
Jeszcze parę lat temu często zdarzało mi się z tego powodu być zatrzymywanym. Na rutynową kontrol bywałem zatrzymywany, a organem, który tą kontrol chciał przeprowadzać, był zwykle lotny patrol osiedlowych bonzów, w strojach nieodmiennie odblaskowych.
- Jak się wozisz, brudasie? - tak mnie typowo zagajali, a czasem dla wzmocnienia efektu rzucali kamieniem.
Nic nie odpowiadałem, bo cóż odpowiadać mogłem, skoro ich przewaga liczebna była zwykle nie do podważenia. Czasem moje chodzenie tak bardzo im się nie podobało, że delikatną perswazją zmuszali mnie abym chodzić przestawał w trybie natychmiastowym - wtedy zaczynałem biec. Moje bieganie też chyba jest dosyć kontrowersyjne, ale to już temat na zupełnie inną historię.
W zasadzie to nie chce mi się nic pisać, ale czas się przecież sam nie zabije. Kompletnie nie mam pojęcia, cóż to za subtelne operacje chemii umysłowej doprowadziły mnie do stanu, w którym powiedziałem sobie: “Tak, prowadzenie bloga to jest bardzo dobry pomysł”. Ale skoro tak sobie powiedziałem, to znaczy, że choć przez jedną ulotną chwilę, przez ten jeden jedyny (jakby to powiedział nieoceniony, bo wszelkim ocenom się wymykający, Dariusz Szpakowski) moment, musiałem widzieć w tym przedsięwzięciu jakikolwiek sens. Ten ostatni zdaje się być w moim życiu towarem mocno deficytowym, dlatego też zwykłem dotykać się wszystkiego, co może mi dać znać o jego istnieniu choćby na chwilę. Dotykam kiedy mogę kobiecych piersi i kufli pełnych zimnego piwa - bo jakimś dziwnym trafem potrafią one nadać mej świadomości czasowe poczucie sensu (bądź też tego poczucia iluzję, co w sytuacji beznadziejej również najgorszym rozwiązaniem nie jest). Nie dotykam za to książek Grocholi i masła orzechowego - bo tylko debil szukałby sensu w książkach Grocholi i maśle orzechowym. Czasem dotykam swego łokcia, ale to dlatego że mnie swędzi. O czym to ja mówiłem?
Robienie bloga to chyba nie jest taka głupia sprawa. Gdyby Gombrowicz żył w czasach internetu, to robiłby bloga. Gdyby Kopernik była kobietą, to też by robiła bloga. Skłodowska-Cuire bloga by nie robiła, bo i po co miałaby go robić? Znów się zapętliłem, ale to chyba wynika z tego, że nie chce mi się pisać.
Sens. Jakiż w tym jest sens? Jak można odróżnić się od masy blogujących nastolatek i niedoinwestowanych intelektualnie frustratów? Któż będzie miał ochotę mnie czytać? Nie ukrywam, że zanim przebrnąłem przez całą fazę rejestrowania, konfigurowania, edytorów otwierania i przez te wszystkie fazy, przez które przebrnąć dla założenia swego bloga należy, sens gdzieś mi się był rozpłynął. Znając dobrze moje szczęście, a jego braki jeszcze lepiej, drugi raz już go nie znajdę. Pisać jednak będę pomimo to, bo czas się przecież sam nie zabije.
Napisal szelma w kategorii Proza
Czwartek, 27 marca, godzina 22:58
Warknąłem na nią, po czym bez wyraźnego celu udałem się do toalety. Wlepiając ślepia w zabrudzone lustro myślałem o tym jak się zachowuję, do czego zmierzam i po jaką cholerę to wszystko jeszcze ciągnę. Wyszedłem z nieodwracalnym zamiarem wygarnięcia jej wszystkich swoich żalów i trosk, zrzucenia z siebie ciężaru myśli plugawych a brudnych, po czym swój nieodwracalny zamiar odwróciłem i wyszeptałem tylko delikatne: “Wal się na ryj”. Ania odpowiedziała mi lekkim pochrapywaniem, a właściwie to odpowiedziała ścianie, bo do niej była zwrócona swoją ładną twarzyczką. Oznaczać to mogło jedynie tyle, że już śpi i nie jest zainteresowana tym, co chcę jej powiedzieć. Automatycznie poczułem, że dziś do niczego już jej nie będę potrzebny, dlatego też zarzuciłem na siebie odzienie wierzchnie i wyszedłem z tego gniazda rozpusty suto zaprawianej nienawiścią; wyszedłem nie trzaskając nawet drzwiami, choć gnała mnie ku temu niezwykła ochota.
Tego dnia zaczęliśmy się kłócić chyba bardziej dla zasady, niż z jasno określonego powodu. Brak wystarczającej przestrzeni życiowej, naszego prywatnego lebensraum, doskwierał tak dotkliwie, iż byle pretekst mógł się stać przyczyną długotrwałych zatargów. Nie ważne, o co - ważne żeby bolało; nie ważne, po co - ważne żeby. Wyszedłem z domu bez celu. Oczywiście, że chciałbym powiedzieć: wyszedłem po to, aby zapomnieć, wyszedłem, aby przewietrzyć swój umysł zatęchły, wyszedłem, aby nabrać dystansu do siebie i życia swego, czy też wreszcie wyszedłem po kwiaty, które będę trzymał w rękach, klęcząc przed miłością mego życia i przepraszając za wszystko, co zrobiłem; za to, co powiedziałem, za to, co pomyślałem i za to, że jestem, jaki jestem: bezczelny, brutalny i cyniczny drań. Chciałbym tak powiedzieć, ale tego nie zrobię, bo byłoby to gigantyczne kłamstwo; wyszedłem z domu bez żadnego celu i nic tego nie zmieni. Czytaj dalej »
Napisal szelma w kategorii Proza
Dokładnie nie pamiętam jaką nalewkę wtedy piliśmy, ale co to za różnica. Pogoda była ładna, a mnie jak zwykle drażniły problemy emocjonalne. Od czasu do czasu, dokonywały one płynnej metamorfozy w ogólno-egzystencjalne rozważania na tematy powszechnie znane. Wiadomo o co chodzi: cel istnienia, sens życia i ząb mnie boli. Historia, którą chcę opowiedzieć, zaczęła się od siedzenia: materialnego na krześle i duchowego na dnie. Choć zwrócony jestem zwykle ku sprawom tego drugiego, postanowiłem w ramach wyjątku i higienicznej odmiany, osnuć swą opowieść na problemach związanych ze światem zewnętrznym. Dlatego też nie będziesz, szanowny czytelniku, zamęczany głębią analizy przeżyć mych duchowych. Czas na relaks! Czas na banalną opowieść od krzesła się zaczynającą! Czytaj dalej »
Napisal szelma w kategorii Proza
Tatko to był prawdziwy figlarz. Tak mówiła pani Bożenka z drugiego piętra, którą łączyły z nim specyficzne więzi natury fizjologiczno-emocjonalnej. Więzi te dawały o sobie znać pomiędzy godziną dziesiątą rano, o której tatuś zwykł wstawać, a piętnastą po południu, o której to z pracy zwykła wracać mamusia. Zapewne przez wzgląd na te marne pięć godzin w dzień powszedni i tyle samo w co drugą sobotę, opinia publiczna naszej klatki zgodnie określała mojego tatę za ‘moralnie podejrzanego’. Mi jednak, zdecydowanie bardziej przypadał do gustu ten ‘figlarz’. Czytaj dalej »