6
marca

iskra koniugacyjna

   Posted by: szelma   in Proza

Dokładnie nie pamiętam jaką nalewkę wtedy piliśmy, ale co to za różnica. Pogoda była ładna, a mnie jak zwykle drażniły problemy emocjonalne. Od czasu do czasu, dokonywały one płynnej metamorfozy w ogólno-egzystencjalne rozważania na tematy powszechnie znane. Wiadomo o co chodzi: cel istnienia, sens życia i ząb mnie boli. Historia, którą chcę opowiedzieć, zaczęła się od siedzenia: materialnego na krześle i duchowego na dnie. Choć zwrócony jestem zwykle ku sprawom tego drugiego, postanowiłem w ramach wyjątku i higienicznej odmiany, osnuć swą opowieść na problemach związanych ze światem zewnętrznym. Dlatego też nie będziesz, szanowny czytelniku, zamęczany głębią analizy przeżyć mych duchowych. Czas na relaks! Czas na banalną opowieść od krzesła się zaczynającą!

Krzesło stało w sali, a sala miała drzwi. Na drzwiach wisiała tabliczka, a na tabliczce było napisane: o godzinie tej i tej (a była ta i ta), dnia tego i tego (a był ten i ten), dla roku takiego to a takiego (a ja byłem na takim to a takim), studiów takich to a takich (na których również się znajdowałem) odbywa się lektorat z języka łacińskiego. Licząc systemem arabskim, łacina była szóstym językiem, który dane mi było wtłaczać sobie do głowy; poczynając od ojczystego, a kończąc na tym martwym ścierwie, wszystkie moje doświadczenia określić można jako makabryczne. Trauma, panie i panowie, istna trauma; ale nie o tym miałem mówić.

Siedziałem podirytowany. W głowie trzeszczało mi niepoprawne oczekiwanie na jakąkolwiek iskrę, która umożliwiłaby wybuch długo już skrywanych wewnątrz negatywnych emocji. I oto stał się cud, iskra bowiem się pojawiła. Jak? Pod postacią koniugacji! Otóż ćwicząc nieustannie odmianę czasowników, w końcu, po trudzie i znoju, natrafiliśmy na czasownik “vinco” (vincere, vici, victum). Czasownik ten zaczęliśmy odmieniać:

vinco, vinces, vincet, vincemus, vincetis, vincent.

Myśli me skupiły się na pierwszej osobie liczby pojedynczej i to nie tylko ze względu na to, że siebie lubię najbardziej. Obsesyjne “winko, winko, winko” krążyło po umyśle mym zatęchłym. Sytuacja była tak oczywista, że nawet nie chciało mi się na ten temat zabierać głosu. Stąd też dziwić nie może, że pomysł udania się pod chmurkę w celu wiadomego spożycia, został wykoncypowany i zapodany w eter przez mego kumpla nieustraszonego, imć Żelusia.

W tym miejscu pozwolę sobie, skoro czas nas zbytnio nie goni, na malutką, dygresyjkę i dokonam niezbędnej prezentacji mego osobistego przyjaciela, tego który matką moich dzieci raczej nie będzie, ale poza tym to go bardzo szanuję. Żelusia znam od dawna. Wygląd jego jest całkowicie adekwatny do ksywy, zachowanie do wyglądu, sposób wyrażania myśli i uczuć do zachowania, a poziom emocjonalny do owego sposobu. Ja byłem oczywiście pancurem z dziada i pradziada, buntownikiem oraz anarchistą, rzucającym cegły w plugawe psy na krótkiej smyczy systemu. Stąd też trudno zgłębić mi najdrobniejsze szczegóły genezy naszego groteskowo-egzotycznego związku koleżeńskiego. Faktem jest, że mamy tu do czynienia z niespotykaną paralelnością naszych zaopatrywań na świat, która spaja odległe galaktyki ludzkich istnień cienką nicią porozumienia. Mówiąc po ludzku: obaj lubimy walić winiacze.

Wracając do myśli przewodniej. Sądna godzina wybiła i zajęcia dobiegły końca. Bez zbędnych przerw w tak zwanej grze, udaliśmy się do sklepu, celem zrobienia rzeczy w takiej sytuacji nieodzownej, czyli zakupienia tego, co zakupione być musi. I własnie w tym momencie, gdy w głowach świszczała nam myśl już nienowa: ‘in vino veritas’, tak zupełnie niespodziewanie odezwał się głos całkiem, dla odmiany, nowy:

- Co jes, [pip], zgniłki nieskrobane, [pip]?

Po stylu od razu poznałem, że to Bułgar. Odwróciłem się na pięcie i niezwłocznie skonfrontowałem wrażenia słuchowe z podglądem wizyjnym. Ukazał mi się tenże w postaci postawnej i przystojnej, z włosem zaplątanym gustownie w koński ogon, idealnie pasujący takiemu osłu jak on. Patrząc z tyłu, powiedziałbyś, że ugładzona dziewoja, młoda bogini ze stopą węża przygniatającą, a tu proszę - z przodu kawaler. O pomyłce w rozumowaniu mowy być nie mogło: Bułgar nas przy sklepie przydybał. Jeśli posiadacie o tym osobniku jakiekolwiek informacje, to wiecie, że pierwszą, nadrzędną, kluczową i po oczach najmocniej bijącą jego cechą jest to, iż gość z niego niewątpliwie trunkowy. Wtrynił się więc nam cham na przyłączkę, ale sobie myślimy, że nic w gruncie rzeczy to.

Zakupiliśmy to co zakupione być powinno, oraz to co nie do końca powinno, ale Żeluś miał klimat na ekstrawagancję i dokupił jeszcze paluszki. Na miejscu, po dokonaniu nieodzownego rekonesansu, celem stwierdzenia nieobecności jakichkolwiek służb mundurowych (w postaci patroli pieszych, konnych, tudzież zmotoryzowanych), usadowiliśmy się na powierzchni trawy i otworzyliśmy to, co otwarte być musiało. Do końca staraliśmy się nie tracić kontaktu z językiem wielkiego Cycerona, co i ówdzie popisując się nienaganną znajomością przysłów i sentencyj różnakich. ‘Ergo bibamus’ powiedział ktoś po pierwszym prztyrku. ‘Ignoramus et ignorabimus’ zawtórował mu inny w trakcie żywej dyskusji nad
składem chemicznym pitych specyfików. Spędzaliśmy więc sobie czas, jak przystało młodzieży o wychowaniu klasycznym: na rozmowach towarzyskich okraszonych lekką nutką dekadencji. Cały czas nie zapominaliśmy przy tym, o nieodzownej szczypcie nihilizmu. ‘Życie jest do dupy’ powiedział ktoś jakby na potwierdzenie moich wcześniejszych refleksji.

Czas płynął wesoło, a wraz z jego odpływem, Żeluś zachowywał się coraz mniej adekwatnie do sytuacji. Wskazywało to jednoznacznie na to, że powoli przechodzi nam kolega w wymiar. Aby nie być gorszym, pchnąłem, patykiem pisanym, strumień mej świadomości, a celem tego pchnięcia mógł być jedynie tej ostatniej całkowity zanik. I kiedy tak się zbierałem do wykonania owej wiekopomnej czynności, zdarzyła się rzecz, która na zawsze miała już odmienić moje życie. No, może na długi czas. Hmm, hmm. Niech będzie, że wydarzyła się rzecz - ba, co tam rzecz, zjawisko nawet - które w całości, a jeśli nawet nie w całości to w części całkiem znacznej, odmieniło losy mej egzystencji w ten dzień całkiem pogodny.

Pojawiło nam się oto przed oczami sześciu dziwnych osobników, których stroje pozwalały przez moment poczuć się obywatelem wioski olimpijskiej. Była to najprawdopodobniej oficjalna delegacja tutejszych ludów autochtonicznych, na co wskazywał ich umiarkowanie chłodny do nas stosunek. Od samego początku zaczęło przewijać się na ich ustach jedno pytanie zasadnicze: cóż to za nieubłagane kaprysy aury, sprowadzają nas w to typowe miejsce, o tak nietypowej, dodajmy, porze? Bułgar, jako że z nas człowiek najbardziej okrzesany i wciąż mający w pamięci spożywanie wyskokowca na zasadach pasożyta, rezolutnie podjął się próby przełamania pierwszych lodów, a przy okazji udzielenia kilku niezbędnych wyjaśnień. A że, jak mawiał Gombrowicz przed ucieczką do hameryki [łacińskiej nota bene]: nie widziano jeszcze wyjaśnienia, które by nie było zaciemnieniem [jednocześnie - przyp. red.], na nic się jego starania zdały. Okraszony figlarnym uśmieszkiem wywód, doprowadził do krawczej pasji naszych nowych przyjaciół, przez co zmuszeni zostaliśmy, co sił w nogach, wykonać taktyczny odwrót.

Jak mawia poeta: było nas trzech, w każdym z nas szybki dech. I biegliśmy. Biegliśmy przed siebie; na złamanie karku, co i rusz, to rwąc w bok, to klucząc po zaułkach; przeskakując przeszkody mniejsze, omijając większe, na plecach czując oddech i wyziewy swych wrogów niepokojące. I teraz, tak z perspektywy czasu, bardzo mnie to raduje, a serce roście, że biegliśmy. Bo coż by to była za opowieść bez mrożącego krew w żyłach pościgu w scenie finałowej? Gówno to by, prawda, było, za przeproszeniem. To samo gówno, tylko że w trochę innej formie, bobek lekki, że też pozwolę sobie na użycie takiego zawadiackiego określenia, byłby gdyby nie doznała krzywd znaczących jakaś postać drugoplanowa, w stosunku do której publika żywi niezwykle ciepłe uczucia. Na szczęście tego bobka nie zaznamy, a tym który nas z opresji wykaraska, po raz kolejny będzie Bułgar. Imię jego czterdzieści i cztery, bo cierpi za miliony, ale wracając do rzeczy to przewróciła się chłopina o kamień brukowy na sam trotuar. Obił swe biedne kolano, na spodniach powstała gustowna dziurka, i cud tylko sprawił, że mu do tego łękotka nie przeskoczyła, bo wtedy to już naprawdę mógłby powiedzieć, że ma pecha. Podniósł się więc niezwłocznie i już by pewnie po kościach mocno oberwał, już by kujawiaka mu nad głową plemię zdresiałe tańczyło, już by swój okrzyk triumfalny wydało, gdyby nie to, że kilka minut wcześniej zaniechało pościgu.

Zaiste, śmiechu było co nie miara, gdy ujrzeliśmy swój błąd w całej ozdobie. Niezwłocznie przystąpiliśmy do sporządzenia bilansu finansowych możliwości kieszeni i ze zgrozą oniemieliśmy. Dotarło do nas, że z dalszego melanżowania nici; przynajmniej na dziś. Poszwędaliśmy się jeszcze trochę po ulicach, pozaglądaliśmy do różnorakich przybytków alkoholowej rozpusty, powodowani złudną nadzieją, że uda nam się jeszcze znaleźć niezależnych sponsorów. Niestety, pora była na tyle młoda, że poszukiwania te zakończyły się fiaskiem. Nie minęły więc dwa mrygnięcia ogonem jak padło sakramentalne: ‘no to nara!’ i tyle chłopaków widziałem. W drodze powrotnej do domciu zahaczyłem jeszcze o krzaczuny i coś mi chyba te paluszki zaszkodziły, bo zaliczyłem bliskie spotkania niskiego stopnia z matką ziemią. Kilka skurczów żołądka zmusiło mnie do oddania tej ostatniej niecodziennego hołdu, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo przy okazji zauważyłem, że mam coś dziwnego na bucie. Wyrwałem z ziemii kępkę trawy, wytarłem i poszedłem w siną dal; to znaczy do domu. Przed samymi już drzwiami obejrzałem się za siebie i nie bez rubasznego uśmieszku na twarzy, pomyślałem o czymś czego już teraz nie pamiętam, po czym zamyślony wszedłem do środka.

Przez chwilę jeszcze trwało milczenie, a potem nadszedł kac.

This entry was posted on czwartek, marzec 6th, 2008 at 06:24 and is filed under Proza. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a reply

Name (*)
Mail (will not be published) (*)
URI
Comment