Archive for the ‘Stare quasi’ Category

6
marca

o pozytywnych aspektach posiadania bloga

   Posted by: szelma

Pozbawiony lekkiego pióra zatracam się w ciągłym poszukiwaniu formy. Wycinam skwaszone fragmenty, poprawiam składnię, co chwila przystaję nad zwiłościami gramatycznymi. I tylko od czasu do czasu zastanawiam się, jak w tym całym mętliku mam odnaleźć klucz do swoich myśli. Dziś przeglądałem swoje starsze (zwykle niepokończone & niedopracowane - spółka z ograniczoną odpowiedzialnością) opowiadania i stąd mi się taki nastrój włączył. Powinienem teraz poświęcić x czasu na to, aby te wszystkie historie podszlifować. Poświęcę go, ale jeszcze nie dzisiaj.

Z drugiej strony zaczynam obserwować pierwsze zalety wynikające z prowadzenia quasi-bloga. Wreszcie ruszyłem do przodu z moim pisaniem. Wreszcie chce mi się coś robić, choćby nawet w formie szczątkowej i tradycyjnie niedopracowanej. Blog to dobry poligon doświadczalny dla nowych pomysłów. Niech nie tkwią więcej tylko w mojej głowie (z której wypadają zwykle bardzo szybko), niech realizują się pod postacią notek. Potem może coś się z nimi zrobi.

Albo i nie.

6
marca

daje się czytać

   Posted by: szelma

Marnuję swój czas perfekcyjnie. Jestem profesjonalistą w bezcelowej tułaczce po miejscach dobrze znanych. Albo nie… słabo wyszło to ostatnie zdanie.

Tak czy inaczej, znów zacząłem pisać. I znów zauważyłem, że jako osoba pozbawiona lekkiego pióra, zatracam się w ciągłym poszukiwaniu formy. Wycinam skwaszone fragmenty, poprawiam nieudolną składnię, co chwila przystaję nad zawiłościami gramatycznymi. I w zasadzie tylko czasem zdarza mi się zastanawiać, jak w tym całym mętliku odnaleźć klucz do swoich myśli.

Uwaga na marginesie:
Jeżeli początkujący pisarz daje komuś do przeczytania próbki swoich prac, to najgorszą rzeczą jaką można mu wtedy powiedzieć, jest: “Daje się czytać”. Właśnie mam przed sobą instrukcję golarki do włosów firmy Philips i ona też daje się czytać. Tylko co z tego?

Mam dziwny kaprys, aby napisać coś o sobie. Dużo chodzę. Lubię chodzić, bo wtedy najlepiej mi się myśli. Myśl siedząca, myśl głęboko w fotelu osadzona, tudzież myśl przejściowo na krześle osiadła - to mnie zupełnie nie bawi. Ja lubię myśl poruszającą się, myśl chodzącą, by nie powiedzieć, że nawet z lekka przechodzoną. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że chodzenie moje wywołuje dziwne reakcje otoczenia. Co tu dużo gadać, ja po prostu nie potrafię chodzić w taki sposób, aby ludzie nie zwracali na mnie uwagi. Podobno robię to dziwnie. Na czym ta dziwność polega nie mam pojęcia, zmienić tego również nie jestem w stanie. Tak już po prostu jest.

- Ciebie to łatwo poznać po kroku - powiedział mi ktoś kiedyś.
- Że niby ty mnie poznajesz po kroku? - spytałem niezbyt przytomnie.
- Tak, poznaję - odpowiedział ktoś kiedyś.
- To nie patrz się w mój krok, zboczeńcu jeden - odpowiedziałem przytomniej.

Jeszcze parę lat temu często zdarzało mi się z tego powodu być zatrzymywanym. Na rutynową kontrol bywałem zatrzymywany, a organem, który tą kontrol chciał przeprowadzać, był zwykle lotny patrol osiedlowych bonzów, w strojach nieodmiennie odblaskowych.

- Jak się wozisz, brudasie? - tak mnie typowo zagajali, a czasem dla wzmocnienia efektu rzucali kamieniem.

Nic nie odpowiadałem, bo cóż odpowiadać mogłem, skoro ich przewaga liczebna była zwykle nie do podważenia. Czasem moje chodzenie tak bardzo im się nie podobało, że delikatną perswazją zmuszali mnie abym chodzić przestawał w trybie natychmiastowym - wtedy zaczynałem biec. Moje bieganie też chyba jest dosyć kontrowersyjne, ale to już temat na zupełnie inną historię.

6
marca

jak to mi się nie chce pisać

   Posted by: szelma

W zasadzie to nie chce mi się nic pisać, ale czas się przecież sam nie zabije. Kompletnie nie mam pojęcia, cóż to za subtelne operacje chemii umysłowej doprowadziły mnie do stanu, w którym powiedziałem sobie: “Tak, prowadzenie bloga to jest bardzo dobry pomysł”. Ale skoro tak sobie powiedziałem, to znaczy, że choć przez jedną ulotną chwilę, przez ten jeden jedyny (jakby to powiedział nieoceniony, bo wszelkim ocenom się wymykający, Dariusz Szpakowski) moment, musiałem widzieć w tym przedsięwzięciu jakikolwiek sens. Ten ostatni zdaje się być w moim życiu towarem mocno deficytowym, dlatego też zwykłem dotykać się wszystkiego, co może mi dać znać o jego istnieniu choćby na chwilę. Dotykam kiedy mogę kobiecych piersi i kufli pełnych zimnego piwa - bo jakimś dziwnym trafem potrafią one nadać mej świadomości czasowe poczucie sensu (bądź też tego poczucia iluzję, co w sytuacji beznadziejej również najgorszym rozwiązaniem nie jest). Nie dotykam za to książek Grocholi i masła orzechowego - bo tylko debil szukałby sensu w książkach Grocholi i maśle orzechowym. Czasem dotykam swego łokcia, ale to dlatego że mnie swędzi. O czym to ja mówiłem?

Robienie bloga to chyba nie jest taka głupia sprawa. Gdyby Gombrowicz żył w czasach internetu, to robiłby bloga. Gdyby Kopernik była kobietą, to też by robiła bloga. Skłodowska-Cuire bloga by nie robiła, bo i po co miałaby go robić? Znów się zapętliłem, ale to chyba wynika z tego, że nie chce mi się pisać.

Sens. Jakiż w tym jest sens? Jak można odróżnić się od masy blogujących nastolatek i niedoinwestowanych intelektualnie frustratów? Któż będzie miał ochotę mnie czytać? Nie ukrywam, że zanim przebrnąłem przez całą fazę rejestrowania, konfigurowania, edytorów otwierania i przez te wszystkie fazy, przez które przebrnąć dla założenia swego bloga należy, sens gdzieś mi się był rozpłynął. Znając dobrze moje szczęście, a jego braki jeszcze lepiej, drugi raz już go nie znajdę. Pisać jednak będę pomimo to, bo czas się przecież sam nie zabije.