6
marca

blichtr

   Posted by: szelma   in Proza

Czwartek, 27 marca, godzina 22:58
Warknąłem na nią, po czym bez wyraźnego celu udałem się do toalety. Wlepiając ślepia w zabrudzone lustro myślałem o tym jak się zachowuję, do czego zmierzam i po jaką cholerę to wszystko jeszcze ciągnę. Wyszedłem z nieodwracalnym zamiarem wygarnięcia jej wszystkich swoich żalów i trosk, zrzucenia z siebie ciężaru myśli plugawych a brudnych, po czym swój nieodwracalny zamiar odwróciłem i wyszeptałem tylko delikatne: “Wal się na ryj”. Ania odpowiedziała mi lekkim pochrapywaniem, a właściwie to odpowiedziała ścianie, bo do niej była zwrócona swoją ładną twarzyczką. Oznaczać to mogło jedynie tyle, że już śpi i nie jest zainteresowana tym, co chcę jej powiedzieć. Automatycznie poczułem, że dziś do niczego już jej nie będę potrzebny, dlatego też zarzuciłem na siebie odzienie wierzchnie i wyszedłem z tego gniazda rozpusty suto zaprawianej nienawiścią; wyszedłem nie trzaskając nawet drzwiami, choć gnała mnie ku temu niezwykła ochota.

Tego dnia zaczęliśmy się kłócić chyba bardziej dla zasady, niż z jasno określonego powodu. Brak wystarczającej przestrzeni życiowej, naszego prywatnego lebensraum, doskwierał tak dotkliwie, iż byle pretekst mógł się stać przyczyną długotrwałych zatargów. Nie ważne, o co - ważne żeby bolało; nie ważne, po co - ważne żeby. Wyszedłem z domu bez celu. Oczywiście, że chciałbym powiedzieć: wyszedłem po to, aby zapomnieć, wyszedłem, aby przewietrzyć swój umysł zatęchły, wyszedłem, aby nabrać dystansu do siebie i życia swego, czy też wreszcie wyszedłem po kwiaty, które będę trzymał w rękach, klęcząc przed miłością mego życia i przepraszając za wszystko, co zrobiłem; za to, co powiedziałem, za to, co pomyślałem i za to, że jestem, jaki jestem: bezczelny, brutalny i cyniczny drań. Chciałbym tak powiedzieć, ale tego nie zrobię, bo byłoby to gigantyczne kłamstwo; wyszedłem z domu bez żadnego celu i nic tego nie zmieni.

W pierwszej kolejności obszedłem najbliższe mordownie, nie udało mi się jednak natrafić na nikogo, z kim miałbym ochotę poobcować dłuższy czas. Mając za sobą jedno czy tam może nawet dwa piwka, a przed sobą zamiar kontynuacji procederu odwiedzania knajpek mniejszych oraz większych, przysiadłem na sekundkę na przystanku tramwajowym linii numer cztery, tuż przy Placu Teatralnym. Zadarłem
do góry głowę i zobaczyłem niebo gwieździste; chciałbym się nim zachwycić, ale to przecież zbyt banalne, dlatego też splunąłem na chodnik w akcie spontanicznej dezaprobaty i zanurzyłem się w myślach nienowych; myślach o Ance, której przecież nie kocham i z którą jestem tylko dlatego, że boję się tego, co będzie, gdy już z nią nie będę. Tak, zdaje się, że właśnie to chodziło mi po głowie, gdy ujrzałem kogoś, kogo ujrzenia w tym momencie nigdy bym się nie spodziewał. W zasadzie to na początku tylko mi się zdawało i musiała upłynąć krótka chwilka, aż upewniłem się, co do tego, że nie było to zaledwie zdawanie się, lecz fakt niepodważalny. Oto przede mną stała ona: bogini w ludzkim ciele, ta, dla której góry bym przenosił i w ogień skoczył. Po prostu ona, jedyna, wymarzona. I już miałem podejść; i już miałem zagadać; i już miałem popisać się swym wrodzonym wdziękiem, kiedy na drodze stanęła mi przeszkoda nie do odparcia: zapomniałem jak ta jedyna ma dokładnie na imię. Aby oddać pełnię sprawiedliwości, to nie potrafiłem przypomnieć sobie jej imienia nie tylko dokładnie, ale nawet w delikatnym przybliżeniu. Pamiętałem jej twarz, pamiętałem jej włosy, pamiętałem jej głos, pamiętałem jej zapach, pamiętałem jej ksywkę z ogólniaka, ale za cholerę jasną, Chiny ludowe i batona orzechowego nie pamiętałem jak się ta jedyna wabi dokładniej, cóż to za napis widnieje w jej dowodzie między uroczym zdjęciem, a numerem PESEL. Los płata dziwne figle, z ironicznym uśmieszkiem puszczając nam oko w momencie najmniej odpowiednim - tak powinienem sobie w ówczesnym momencie pomyśleć, skłoniłem się jednak ku refleksjom nieco ogólniejszym: “Kurwa jego zasrana mać!”. Z opresji wyrwała mnie na szczęście boska istota. Jak to kobieta, przejęła inicjatywę w momencie całkowicie najodpowiedniejszym. Spoglądnęła na mnie wzrokiem radosnym, zarzuciła na twarz uśmiech uroczy i wypaliła swym głosem dźwięcznym jak dźwięk najdźwięczniejszy: “Ptaku, co się z tobą dzieje człowieku? Ludzi nie poznajesz? To przecież ja, Justyna”. No właśnie malutka, tego mi było trzeba: “Justyna”. Chciałem sobie wtedy pomyśleć, że muszę w trybie natychmiastowym popracować nad koncentracją, nie udało mi się jednak wystarczająco skoncentrować, gdyż od razu wdałem się w potok niekontrolowanej wymiany zdań, myśli i różnakich gestów z moją starą koleżanką, którą dziwnym zrządzeniem losu spotkałem na przystanku tramwajowym linii numer cztery, około dwóch godzin po tym, jak pokłóciłem się z Anką.

Piątek, 28 marca, godzina 1:25
Przy stoliku obok siedzieli jacyś deklowaci kolesie i gadali o rzeczach, o jakich mogą gadać faceci w knajpie. Przez chwilę popatrzyli na mnie jak na kosmitę, ale natychmiast powrócili do swego wcześniejszego zajęcia; i bardzo dobrze, bo nie miałem ochoty na żadne utarczki z frajerami o przewadze liczebnej nie do podważenia. Nieoczekiwane napotkanie Justyny skłoniło mnie do luźnych rozmyślań o moich latach licealnych. Po raz pierwszy zdarzyło mi się chyba, że zacząłem wspominać je z rozczulającą radością ducha, z tą delikatną, ale doskonale zauważalną nutką sentymentalnego pobudzenia, jaką można wyczuć u ludzi wspominających dawne chwile swego życia. Czyżby to była oznaka tego, że zaczynam się starzeć? A nawet jeśli, czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Wołali na nią Loszka, ale diabli wiedzą skąd się ta ksywa do niej przyczepiła. Szalałem za nią przez pół ogólniaka, aczkolwiek słowo “szalałem” może być w tym przypadku trochę na wyrost. Po prostu czułem, że będzie to matka moich dzieci i choć nie zwracała na mnie wówczas swej uwagi w najmniejszym nawet stopniu, wiedziałem, że nie jest w stanie wyrwać się swemu przeznaczeniu, bo ku niemu jest właśnie predestynowana.

Emocjonalność Loszki była na poziomie dziesięciolatki, a jedyną rzeczą, która wyróżniała ją spośród reszty kobiet, był niebywały wprost talent dramatyczny. Mówiąc wprost: kłamała aż jej się uszy trzęsły. Robiła to jednak w tak piękny sposób, że nie było możliwości się nią nie zachwycać. Kunszt można było dojrzeć już na poziomie samej fabułki - wielowątkowej, niezwykle barwnej i pozbawionej w praktyce jakichkolwiek słabych punktów. Lecz dopiero wówczas, gdy przychodziło jej zaprezentować swoje pomysły szerokiemu audytorium, jedyną możliwą reakcją zdawało się być skromne pozbieranie szczęki z podłogi i oddawanie honorów tej wielkiej królowej kłamstwa. O ile pamiętam to właśnie to pociągało mnie w niej najbardziej. Kłamiemy wszyscy, w każdej minucie, w każdym geście i słowie. Kłamiemy przed innymi ludźmi, ale w nie mniejszym stopniu przed sobą samym. Loszka doprowadziła do perfekcji to, co robimy wszyscy tak nieudolnie; jak w takim razie można się nią nie zachwycać?

- Siedem zeta - wyrwał mnie z zamyślenia barman o twarzy tak przyjemnej i usłużnej, że aż miałem ochotę strzelić mu w pysk.
- I popielniczkę jeszcze - dodałem tyle z przyzwyczajenia, co żeby powrócić do rzeczywistości. Zapłaciłem grzecznie ile trzeba.

Wróciłem do stolika i postawiłem dwa browary; Loszka zgłębiała wzrokiem obciachowe zdjęcia wiszące na ścianie, ale w trybie natychmiastowym skierowała swą uwagę na mnie. To nawet przyjemne uczucie, kiedy ktoś zwraca na ciebie całą swoją uwagę. Odwdzięczyłem się tym samym i zaczęliśmy standardową gadkę-szmatkę, którą prowadzą między sobą znajomi spotykający się po latach. Na początku coś o sobie, czyli skwitowanie w dwóch zdaniach tego, na co pracowaliśmy swym życiem przez wiele lat; następnie krótkie wprowadzenie do naszego aktualnego, nieustannie ciągnącego się “stanu przejściowego” w tym padole łez. Zaraz potem następuje w zasadzie niezauważalne przejście, na słowa o osobach, które się znało niegdyś wspólnie: kto kogo ostatnio spotkał, kto się z kim żeni, kto za kogo wychodzi, komu się rodzi drugie dziecko, komu pierwsze, kto by chciał, ale nie wychodzi; kto wyjechał zagranicę, a kto do Ciechocinka; kto z kim się nie widział od lat; kto znalazł jakąś robotę, kto schodzi na psy, kto chleje dzień w dzień; kto umarł, lub o śmierć się otarł; kto zaczął ćpać, a kto właśnie rzucił… rozmowa jak każda inna, tak samo jak każda inna nużąca mnie pewnie nie mniej niż ją. Z czasem zaczęliśmy się jednak wkręcać w tematy coraz bardziej konkretne, w których miałem okazję zabłysnąć, a błyskiem tym zasłonić (niczym tekturową makietą) płytkość własnej elokwencji.

- Nurzamy się w plugawej rozpuście, biorąc udział w haniebnym procederze deprawacji resztek własnej osobowości - zacząłem się nakręcać.
- Nieźle się nakręcasz - zaczęła to zauważać.

I właśnie wtedy, niby przelotnie, niby ledwo zauważalnie, niby w przypadkowym geście styknęły się nasze dłonie; właśnie wtedy zacząłem się zastanawiać, co zrobić dalej, bo przecież to jasne, że teraz kolej na mój ruch. Tak sobie o tym pomyśliwałem, gdy przysiadł się do nas człowiek, którego z aparycji porównać by można do typowego posła Samoobrony; i nie trzeba było przy tym zaprzęgać wyobraźni godnej braci Grimm.
- No Ptaku, Ptaku, co ty tu kombinujesz z pannami? - wybełkotał tak jakbyśmy się znali od lat, choć na mój gust widziałem tę nędzną powłokę po raz pierwszy w życiu - Ja tylko na chwilkę - dodał uspokajająco.
- Jakiś problem? - spytałem bez celu, a może chcąc wyrazić brak sympatii.No wiesz - powiedział, a kiedy upewnił się, że jednak nie wiem, chwycił mój browar do łapy i wziął solidnego łyka - ja jestem z sanepidu… musiałem próbkę do kontroli… pobrać… rozumiesz brachu?
- Jasne, miło było się spotkać - odpowiedziałem - to nara.
- Spoko, wyczuwam aluzję - koleś zrobił taką minę, jakby za wszelką cenę chciał zaprzeczyć własnym słowom, po czym wstał i kierując się w stronę wyjścia dodał jeszcze - tylko żeby mi z tego dzieci nie było Ptaku. Na gumach się nie oszczędza. Pamiętaj!

Niedziela, 30 marca, godzina 15:18
Do pokoju wszedł rachityczny młodzieniec o powierzchowności mętnej i nijakiej. Zaczął od przywitania, po czym usiadł na kanapie i podjął z nami rozmowę na temat jakiś zupełnie nieistotny. Owej nieistotności zdawał się dziwny przybysz zupełnie nie pojmować, a fizjonomia jego, co i rusz pokrywała się uśmiechem równie mętnym i nieokreślonym, co on sam. Uśmiech ten wskazywał jednoznacznie, że nie uda mi się z tym rachitycznym młodzieńcem zawiązać żadnej nici porozumienia, nawet na stopie tak mało zobowiązującej, jak czysto towarzyska. Niemniej, dla niepoznaki, również przybrałem optymistyczny wyraz twarzy, od czasu do czasu pozwalając sobie na lekkie westchnięcia, a nawet, cóż to była za niebywała śmiałość w obłudzie z mojej strony, na wtrącenie zdanka czy dwóch do prowadzonej rozmowy. I tak siedzieliśmy sobie w trójkę, a każda upływająca minuta owijała coraz gęstszą mgłą zapomnienia cel mej wizyty. Dyskretnie spojrzałem na zegarek, po czym na chwilę odlepiłem uśmiech od twarzy i z całą powagą stwierdziłem, że “Jest już późno, o ja pierdzielę”.

Wyszedłem od Justyny naładowany wściekłością. A była to wściekłość nie byle jaka, lecz powodowana pewnym podłym uczuciem, którego zawsze doznajemy w momencie, gdy nie uda się zrobić czegoś, co zrobić bardzo się pragnęło. Nie chodzi tu nawet o nie wykorzystanie jakiejś nadarzającej się okazji, lecz bardziej o takowej okazji zupełny brak. Co gorsza, nakłada się na to zwykle całkowita niemożność wyobrażenia jej sobie w przyszłości, chodźmy nie wiem jak mgliście, ale jakoś określonej. Tak się właśnie wtedy czułem, opuszczając mieszkanie kobiety, która była pierwszą, z jaką spałem od czasu poznania Anki; pierwszą, z którą Ankę zdradziłem i pierwszą, która wzbudziła we mnie żywsze zainteresowanie. Żeby wszystko było jasne: nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. Jeszcze nie obudził się we mnie ten wewnętrzny poganiacz niewolników: najbardziej zapalczywy i wytrwały, boleśnie smagający po plecach biednych ludzi wytresowanych w duchu tradycyjnej moralności. Wciąż potrafiłem traktować sumienie w kategoriach słowa pustego, jakiego można użyć (o ile zachodzi taka potrzeba) w kontaktach z innymi, lecz którego znaczenie zawsze pozostaje bliżej nieokreślone. Dlatego też jedyną rzeczą, jaka zajmowała mnie w momencie, gdy wychodziłem na ulicę z mieszkania Loszki, była kwestia naszych wzajemnych stosunków: tego, co ja mam sobie myśleć o niej i tego, co ona myśli o mnie.

Przez dwa ostatnie dni zgodnie nie dawaliśmy sobie znaku życia. Wreszcie nie wytrzymałem i zdecydowałem się do niej przyjść. Nie wiem, czego konkretnie oczekiwałem, ale na pewno nie było to tym, co mnie u niej spotkało. Gadaliśmy sobie to o tym, to o owym, zupełnie jak gdyby nie stało się nic istotnego. Sposób, w jaki ze mną rozmawiała nie mówił mi zupełnie nic: za każdym razem, gdy tylko byłem już skłonny myśleć, że odnosi się do mnie z umiarkowanym chłodem, w jej zachowaniu coś się zmieniało. To coś było straszliwie nieuchwytne, ale zarazem raziło niezachwianą pewnością; specyficzne pomieszanie czułości z dziką rządzą, które każdy twardy macho określiłby słowami: “Ta mała ma mokro na twój widok”. A potem znów powiewało chłodem, długi okres chłodu, znów przez momencik mokro, znów chłód, mokro, chłód, aż przychodzi rachityczny koleś, siada na kanapie i tyle miałem wrażeń.

Za jedną ze swych głównych przywar od zawsze poczuwałem traktowanie wszystkiego w kategoriach ostatniej szansy. “Jeśli nie teraz to już nigdy” - im bardziej walczę z takimi myślami tym trudniej jest mi się od nich odpędzić. Nie wykazałem się może żadną konkretną inicjatywą, ale trudno powiedzieć, aby ona dawała mi ku temu jakieś większe szanse. Czyli co teraz? Koniec? A dawne wyobrażenia, a przeznaczenie? Jak już wspominałem, nie mam pojęcia, czego oczekiwałem idąc do Loszki: tego, że rzuci mi się w ramiona? Że zaprosi na wspólną kąpiel? A może poczęstuje naleśnikami z polewą czekoladową, na które mam właśnie cholerną ochotę, bo przechodzę obok tej obskurnej restauracyjki, gdzie tak często łaziłem kiedyś z Anką? No tak, Anka. Jutro wróci z weekendu i tak czy inaczej będziemy musieli się spotkać. Nie widziałem jej od czasu kłótni, ale trudno przypuszczać, aby zawieszenie naszych wzajemnych stosunków w tymczasowości mogło trwać wiecznie. Kiedyś już nie będzie można udawać, że nie dawanie sobie znaku życia było przypadkowe, a to kiedyś najprawdopodobniej nastąpi jutro. I właśnie do tego momentu będę musiał podjąć jakieś konkretne decyzje.

Poniedziałek, 31 marca, godzina 01:13
HejMozeToITrocheGlupieWTenSposobAleTyRowniezNieJestesOk
ZrobilamTestBachorowyIWyszloToCoWyjscNiePowinno DoJutraATerazIdeSieZalamacAnia

Środa, 1 kwietnia, godzina 13:02
I tak oto, stanąłem oko w oko z niepowtarzalną okazją zobaczenia swego życia całkowicie rozbitego na kawałki pierwsze. Cóż za dramaturgia! Cóż za patetyczne uniesienie! CAŁE ŻYCIE. Toż to wszystko, co mnie jeszcze czeka! (W zasadzie to również wszystko to, co już mnie spotkało, ale nie o to się w tym momencie rozchodzi). WSZYSTKO! To nawet zabawne, gdy w jednej chwili ogół dotychczasowych pragnień staje się niczym więcej jak nierealną mrzonką, a wizja wcześniejszych problemów, przechodząc drastyczną metamorfozę, jawi się nam jako zbiór nic nieznaczących drobiazgów.

Próbuję złapać dystans, uciec w uogólnienie. Powtarzam w myśli, że błąd popełniony w przeszłości zaważy na przyszłości. Ta umiarkowanie oświecająca uwaga ma pełnić rolę wskazówki na przyszłość, jeszcze staram się wyłuskać ochłapy z sytuacji beznadziejnej; jeszcze się miotam. Formuła kolejna: co nie zabija, to wzmacnia. Siły powinny powracać, ale złuda jest na tyle wyrazista, że nawet ja ją zauważam. To nie Nietzsche; gdzie ci, stary, do nadczłowieka? Ale dystans, miał być dystans! Staram się zająć pozycję obserwatora, uogólniać na innym poziomie, oddalić się od tego. Myśleć obrazami - tak jest najłatwiej. Po ścianie łazi karaluch, nawet nie mam sił coś z nim zrobić. Robal. Uogólnienie. Inny poziom. Śmierdzący robal zwany teraźniejszością przeczołguje się po cienkiej linii czasu; wciąż naznaczony przeszłością, wytycza drogi przyszłości. Ładna poetycka tandeta, czyż nie? Tak sobie wtedy myślałem, całkowicie niezauważenie schodząc na poziom taniej metafizyki, rodem z wypocin Whartona czy innego Coelho. I tak właśnie myśląc, przez moment nawet dochodziłem do wniosku, że życie moje, przekraczając granice absurdu i groteski z taką łatwością, nie może być w żadnym razie traktowane poważnie; ja nie mogę traktować go poważnie, bo oszaleję. I już prawie rozwiązywałem problem, i już prawie byłem szczęśliwy, i już prawie uciekałem w uwielbione uogólnienie, i już prawie pogrążałem się w problemach wszechświata z perspektywy, którego troski me i zmartwienia były tak miałkie oraz rażąco nieistotne, że aż nie było o czym gadać. I już prawie osiągnąłem swój cel, tyle, że po chwili znów zaczynałem traktować się cholernie poważnie. Spadałem na ziemię waląc łbem o beton. Rozbijałem sobie czaszkę o twardy bruk codzienności. I tak dalej, i tak dalej.

Ciąża objawiała mi się jako zjawisko totalne, normalnie absolut, kurde. Stanąłem przed czymś, co przerastało mnie w stopniu na tyle znacznym, że nawet nie miałem złudzeń, co do skuteczności mojego oporu. Pomimo to, ów opór stosowałem. Był to opór małego dziecka tupiącego nóżką i idącego w zaparte; dziecka, którym byłem do tej pory. Teraz przekraczałem linię dorosłości, dokonywałem tego, co nieuniknione, a bunt przeciw temu był równie śmieszny, co koń ciągnący furę po autostradzie; był anachronicznością, która w najlepszym przypadku mogła wzbudzać litość, a w trochę gorszym szczerą irytację. Jednak jak już powiedziałem, pomimo to wszystko buntowałem się niczym głupi bachor. Walkę swą opierałem na jednej, jedynej osnowie: nadziei. A może zaraz zadzwoni Anka i powie, że to tylko głupi żart? A może powie, że dostała wreszcie okresu? Bo przecież testy mogą się mylić! Nadzieja, światełko w tunelu, że też posłużę się oklepaną metaforą. A może zaraz zadzwoni i…

…jak na zawołanie zaczął dzwonić telefon. Otrząsnąłem się z jałowych myśli powracając przy okazji do stanu używalności w rzeczywistości społecznej. Wstałem z wyra i rzuciłem się na słuchawkę, a tam oczywiście czekał mnie głos Justyny. Jednak zadzwoniła. Porażające i przygniatające swą wspaniałością by to zdarzenie było, gdyby nie to, że zmuszony zostałem ją spławić. Na grzeczności się nie siliłem. Musiało wyjść jak wyszło: oschle i cynicznie. Miała prawo i zapewne nie omieszkała poczuć się urażona. Tylko, że to już mnie interesowało tyle, co zeszłoroczny śnieg. Radosny początkowo głosik w słuchawce zdawał się nie zdawać sobie sprawy z zagrożeń, jakie niesie ze sobą nieustanny ruch w czasie i przestrzeni. Nie ten czas sobie Loszka wybrała; to nie czas na jej nogi długie i kłamliwej żmii godne wybryki; to już był czas absolutu.

Poniedziałek, 6 kwietnia, godzina 17:54
W sytuacjach kryzysowych zawsze staram się wziąć kurs na głupkowate rozluźnienie. Wtedy również cholernie chciało mi się śmiać, chociaż sytuacja bynajmniej do tego nie zachęcała. Gapiliśmy się z Anką na fiolkę, a konkretnie na jakiś śmiesznie mały, zanurzony w niej papierek. Jaki będzie paseczka kolorek? Tylko niebieski czy też może lekko zaleci różowym? Trzeba przyznać, że fiolka była całkiem gustowna; opływowy kształcik nie ranił mych kryteriów dobrego smaku, jak na przykład taka, niespecjalnie przymierzając, szklanka. Gdyby to od zwykłej szklanki miało zależeć moje przyszłe życie to chyba już bym się mógł powoli załamywać; ale ta fiolka? Taka ładna, że aż miło popatrzeć. Obdarzyłem ją niekłamanym uczuciem, jasne, że ambiwalentnym, ale czy są jakieś inne uczucia? Przecież, jeżeli kochamy, to zawsze zawiera się w tym jakiś pierwiastek nienawiści. Ja właśnie pokochałem tę fiolkę z całego serca. Uwielbiałem ją za wspaniały kształt, nienawidziłem za to, że może zniszczyć moje całe życie. Choć tutaj akurat bardziej przyczynić się może kolorek a nie sama fiolka.

Gapiliśmy się z Anką jak dwa jełopy. Nie będę przesadzał, pot mi po czole nie spływał, ale i tak bliski byłem narobienia w gacie. Chciało mi się przy tym cholernie śmiać. Nie wiem z czego, pewnie dla samego faktu. Pomimo to starałem się zachować śmiertelną powagę, bo zdawałem sobie sprawę, że gdybym parsknął to Anka strzeliłaby mnie w pysk. Ona inaczej reaguje na stres: agresją, a nie śmiechem.

- Ile jeszcze? - jej głos był zaczepny, zniecierpliwiony i agresywny właśnie
- Minuta czterdzieści - odpowiedziałem rzeczowo, chociaż tak naprawdę już dawno zapomniałem, o której zaczęliśmy ten test.
- Jezu… - nie wiem, czemu to powiedziała, chciała podtrzymać rozmowę czy też nagle się rozbogobojniła.

Westchnąłem cicho i spojrzałem na zegarek. Czyli według mojego prowizorycznego wyliczenia jeszcze minuta i czterdzieści sekund pozostało do końca koszmaru nieświadomości. Potem przynajmniej wszystko będzie jasne. Pierwszy test ciążowy Anka zrobiła tydzień wcześniej, a jak głosiła dodana do opakowania ulotka: “w przypadku wyniku pozytywnego sprawdzian należy powtórzyć po upływie siedmiu dni”. Przez ten cały czas, który upłynąć musiał, byliśmy zasadniczo załamani. Zdarzało się jednak, że umilaliśmy sobie ten stan krótkimi przerwami na pełną ufności wiarę, że “się wszystko ułoży”. Jak bumerang powracała iluzja nadziei, paskudnego uczucia, którego człowiek chwyta się zawsze, choćby ocalić miał zaledwie parę minut złudzeń. Teraz jednak zapowiadało się na koniec. I bardzo dobrze, bo chciałem już wreszcie zostać przygniecionym przez ciężar pewności, tak abym mógł w spokoju poświęcać czas na czynność, którą lubię najbardziej: na permanentne użalanie się nad sobą. Wolałem wiedzieć, na czym stoję, nawet, jeśli miałoby się to wiązać z tym, że będziemy już mogli kupować śpioszki. Minuta. Nerwy powoli mnie dobijały. Ją też. Dobijały mnie i dobijały ją, ale nigdy bym się nie odważył powiedzieć, że dobijały nas. Bo nas już wtedy nie było. Oczywiście nie powiedziałem jej o Loszce. Bo niby, po co? Pomimo wszystko nie chciałem jej ranić. Czterdzieści sekund. Z za otwartego okna dochodził nas jakiś krzyk. To darła się progenitura moich sąsiadów, efekt dwudziestopięcioletniego praktykowania watykańskiej ruletki. Powoli zaczynałem zniechęcać się do fiolki, już nie cieszyła mnie swymi kształtami; teraz świadomość jej istnienia zaciskała się na szyi. Ona chciała mojej duchowej śmierci, a narzędziem zbrodni miał być kolor różowy. Dwadzieścia sekund.

- Kurwa… - wybąkałem zupełnie bez celu.

Spojrzała na mnie bez emocji. Nic nie powiedziała, widać nie uznała mojego zagajenia za dobry wstęp do rozmowy. A może po prostu nie miała co powiedzieć. Zamarliśmy w bezruchu oczekującym.

Poniedziałek, 6 kwietnia, godzina 18:20
Rozluźnieni, powoli dochodziliśmy do siebie. Z nudów zapaliłem papierosa, a Anka zaczęła się ubierać. Tym razem nam się jeszcze upiekło. Powoli ginęła już w odmętach nieświadomości, brzemienna w swą bluźnierczą nieświeżość, myśl o zniewoleniu. O zniewoleniu małym potworem, który miał wyjść z jej brzucha. Upiekło się. W sumie to nawet nie wiem, czemu padliśmy sobie w ramiona. Pewnie dlatego, że chcieliśmy. A dlaczego chcieliśmy? Pewnie w ramach euforii, bo wtedy zwykle dużo rzeczy się chce; przez moment. I tak chcieliśmy skakać pod sufit, ale do tego trochę nam zabrakło kondycji. Chcieliśmy również otworzyć szampana, ale do tego brakowało niezbędnego rekwizytu. Chcieliśmy wreszcie paść sobie w ramiona, a do tego potrzeba jedynie dwóch osób - to akurat mieliśmy. Mieliśmy dwie zupełnie już sobie obce osoby, ale to przecież nie ma najmniejszego znaczenia. I tak właśnie sobie w te ramiona padliśmy, a potem się jakoś potoczyło. Samo; bez zbędnej kalkulacji. Nie wiem jak jej, ale mi było świetnie. Zawsze jest świetnie, gdy się wie, że to już ostatni raz. Bo to był ostatni raz.

Potem wyszedłem tam gdzie zawsze i gadałem o tych, co zawsze nieistotnych rzeczach; z ludźmi tymi, co zawsze, znaczącymi dla mnie tyle, co zawsze, czyli nic. I tak jak zawsze robiłem sobie przerwy techniczne w wychodku, gdzie tradycyjnie podejmowałem starą śpiewkę. Gapiłem się w nadtłuczone lustro obnażałem w umyśle swoją miałkość, tudzież każdego własnego ruchu całkowitą bezsensowność. Słodkie, urocze lata mej młodości - wymiociny splugawione złudną nadzieją lepszej przyszłości. Jeszcze raz udało mi się wyrwać z lepkich szponów dorosłości; po raz kolejny dostałem szansę pozostania tym, kim jestem, czyli marnym chłystkiem przebijającym się pomiędzy potężnymi siłami dojrzałego świata. Wtedy właśnie, w przypływie alkoholowego entuzjazmu, zdarzyło mi się postanowić, że zadzwonię do Loszki; że sprawę wyjaśnię, że zacznę żyć od nowa w atmosferze całkiem mniej zatęchłej, że jeszcze wiele różnych “że” sobie postanowiłem, ale najzupełniej w świecie już o ich treści zapomniałem. Tak to właśnie jest, że ów alkoholowy entuzjazm pcha nas często w wir posunięć kosmicznie irracjonalnych, z góry skazanych na niepowodzenie przez fatalną nieudolność naszej osoby. I ja właśnie zostałem w ten podchwytliwy sposób pchnięty; pchnięty w plecy nożem złudnego poczucia własnej wartości. Patrząc jednak na całe zdarzenie z perspektywy czasu nie potrafię siebie winić. Obrzydliwe upodlenie resztek honoru to cena wysoka, ale mimo wszystko sprawiedliwa. Była to, bowiem cena za uniknięcie świadomości, że nie spróbowałem wykorzystać ostatniej szansy; szansy na zdobycie kobiety, która wypełniła moje myśli w sposób tak niebagatelny i niecodzienny, że byłbym skłonny przyznać się względem niej do czegoś w rodzaju miłości.

Wtorek, 14 kwietnia, 18:23
Obok mojej permanentnej negacji chrześcijaństwa zawsze tkwił obłudny pęd do ulegania jego wpływom. Przynajmniej pozornie. Choć świadomość wyzbycia się jakichkolwiek przejawów altruizmu trzymała mnie z daleka od ulegania złudzeniom religijnego kultu (nieustannie przy tym podtrzymując poczucie mej własnej ateistycznej tożsamości) w niektórych przejawach swojej uczuciowości zbliżałem bardzo niebezpiecznie do ideału nauki krzyża i litości. Mam tu na myśli miłość, że też posłużę się słowem równie wielkim, co i wyświechtanym, oraz moje do niej samej podejście. Miłość, jaką obdarzałem kobietę, była miłością chrześcijańską sensu stricto, zawsze bowiem zwracałem ją w kierunku istoty słabszej i gorszej, którą to oświetlać miał mój blask. To ja byłem zawsze doskonalszy - jakkolwiek owa doskonałość nie byłaby ułomna; piękniejszy - w wymiarze czysto cielesnym, acz pojmowanym oczywiście relatywnie (gdyż włochate ciało faceta nigdy nie jest w stanie przyćmić piękna kobiecego); mądrzejszy - choćbym nie wiem jak głupie babska musiał sobie wypatrywać, aby przeważać i w tym aspekcie. Oto ja zawsze litowałem się nad bliźnim, zeskakując z piedestału wyciągałem ku niemu swą dłoń, podciągając go do własnego poziomu. Cóż to, więc było, jeśli nie pochwała chrześcijaństwa, w jego aspekcie najdonioślejszym?
Oczywiście, że była to pochwała plugawa. Bo przecież ważne są również motywy postępowania, te zaś zwykle daleko odbiegały od chrześcijańskich. Robiłem tak, zapewne nieświadomie, nie z poczucia litości, ale w celach czysto egoistycznych, czy też, że tak się wyrażę, terapeutycznych. Mówiąc lapidarnie: ułomnościami kobiet leczyłem swoje kompleksy. Freud miałby ubaw.

Teraz jednak, sytuacja uległa zmianie co najmniej diametralnej. Loszka nie była kimś, nad kim mógłbym wyczuwać jakąkolwiek przewagę; to ja biegałem za nią z wywieszonym jęzorem przez pół ogólniaka, to ona była istotą doskonalszą, piękniejszą i mądrzejszą. I chyba właśnie dlatego wydawała mi się tak ważna; godna starań, jakich w innym przypadku nigdy bym nie podjął. Myśląc o niej gubiłem się w ambiwalencji. Z jednej strony nienawidziłem jej jako istoty silniejszej, starającej się mną zawładnąć; z drugiej natomiast, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że dzięki kontaktom z nią jestem w stanie otrząsnąć się wreszcie ze stanu zniewolenia kompleksami. Liczyłem na to, że uda mi się przejść na wyższy poziom, z którego nie byłbym już “jakimś tam czymś nic nie znaczącym”, a stałbym się “kimś znaczącym coś dla siebie”. To tyle, jeśli chodzi o moje mrzonki teoretyczne.

Praktyczna z nimi rozprawa była niestety dosyć bolesna. Trzeba przyznać, że starałem się: szukałem, dzwoniłem, wypytywałem. Choćbym nie wiem jak chciał to ukryć, jasnym jest, że wraz z podjęciem tych starań, całkowicie się odsłoniłem. Wyszedłem z bunkra obojętności. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że narażałem się na śmieszność. To było posunięcie ryzykowne, a ryzyko ma sens tylko wtedy, gdy starania kończą się sukcesem. Tylko wtedy kojarzy się z odwagą. A jeżeli ponosimy klęskę? Wówczas pozostaje już tylko nasz wstręt do samych siebie oraz wstręt innych ludzi do nas. Ogólnie mówiąc, niezłe paskudztwo.

Chyba trochę żałowałem, że w końcu zdobyłem jej numer. Loszka długo nie odpowiadała na moje wiadomości, aż wreszcie udało mi się zabarwić jedną z nich odpowiednią nutką desperacji; wtedy właśnie się ze mną umówiła:

‘wArtCafeOosiemnastejZeroZeroJustyna’.

Po raz kolejny poraziła mnie obrzydliwa magia esemesów. Nie odważyłem się żeby do niej zadzwonić; po naszej ostatniej rozmowie ciężko byłoby się wytłumaczyć. Od razu zaschłoby mi w gardle i wyszedłbym na idiotę. Chyba wtedy trochę przesadziłem, ale trudno mi się winić. To była inna perspektywa. Teraz już pogrążona w tak odległej otchłani zapomnienia, odsunięta świadomość końca świata w jego dotychczasowej formie.

Siedziałem przy stoliku i zdawałem sobie sprawę, że to ostatnie chwile. Ona nie przyjdzie. Nawet nie ma czego odkręcać, bo nic nie rozpieprzyłem. Po prostu tak się ułożyło. Podążyłem w krok za złudną namiętnością, zaufałem nadziei, która zawsze zawodzi. Po ulicy przeszła jakaś kobieta. Swój wzrok zawiesiłem na niej bardziej dla zabicia czasu, niż z ciekawości. Gdyby ten facet, który siedział przy stoliku naprzeciw mnie, miał choćby delikatnie naznaczone zacięcie poetyckie, to mógłby powiedzieć sobie a muzom, że “chudy młodzieniec podążył za nią wzrokiem tęskniącym za rozumem”. Oto on, dławiący lęk samotności.

This entry was posted on czwartek, marzec 6th, 2008 at 18:09 and is filed under Proza. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a reply

Name (*)
Mail (will not be published) (*)
URI
Comment