Kategoria: (Aktualne quasi) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

Istnieją w świecie dwie rasy ludzkie, które nijak do siebie nie przystają. Z jednej strony są bezczasowcy, którzy czasu nie posiadają, z drugiej natomiast są nadczasowcy, którzy, co każdy debil odgadnie, mają czas w nadmiarze. Wyobraź więc sobie, że jesteś jakimś tam nadczasowcem, przykładowo studentem czy innym takim pasożytem. Wyobraź to sobie i wyobraź sobie też, że spotykasz jakiegoś bezczasowca. Spotykasz go i zaczyna się story…

Spotykasz jakiegoś bezczasowca i co masz mu powiedzieć? „Chodźmy na piwo”? To są dwa różne światy, nadczasowiec może pozwolić sobie na wszystko, choć nie ma pieniędzy, bezczasowiec nie może pozwolić sobie na nic, choć pieniądze ma. Bezczasowcy są mamieni dwutygodniowym urlopem, podczas którego leżeć sobie mogą na plażach Majorki, Egiptu czy innej Tunezji, będą też spędzać czas aktywnie skacząc na bungee i uprawiając windsurfing. Nadczasowcy nie mają urlopu, będą też mają go bez przerwy. Bzdurą jest posiadanie wolnego czasu, bo nie da się posiąść czegoś takiego jak czas. Wolny czas to czas który jest rzeczywiście wolny: czyli musi wlec się jak cholera. Nadczasowcy wolny czas mają, ale nie potrafią się nim cieszyć. Dni się dłużą, a w nocy wypoczęty organizm męczy się koniecznością niezasłużonego snu. Bezczasowcy wolnego czasu nie mają, bo ich czas, który określają mianem wolnego, zapierdala jak cholera. Każdą chwilę, którą mogliby nazwać wolną, w sensie własnego panowania nad jej spożytkowaniem, jest szybka. Pędzi jak wściekły mustang, bo wciąż odliczają oni czas, jaki pozostał im do powrotu pracy. „Jest siedemnasta piętnaście, zostało mi jeszcze niecałe sześć godzin do zaśnięcia, o cholera już siedemnasta trzydzieści, już tylko pięć i pół godziny do zaśnięcia, a potem trzeba rano wstać. Wstać by pracować. Pracować by mieć. Mieć by posiadać. Posiadać wszystko poza czasem”.

No i niech mi ktoś teraz powie do której rasy lepiej się zapisać.



Kategoria: (Aktualne quasi) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

w samo południe dnia dzisiejszego otrzymałem przesyłkę pocztową z wojskowej komendy uzupełnień informującą mnie o bezwzględnej konieczności osobistego stawienia się w dniu dzisiejszym, w godzinach od 8 do 15, w siedzibie wojskowej komendy uzupełnień (mieszczącej się w dawnej siedzibie lokalnego ludowego wojska polskiego) w celu powszechnego obowiązku obrony (napis umieszczony pieczątką) rp (dopisek pismem odręcznym). zdębiałem.

zdębienie zajęło mi około dziesięciu minut, śniadanie drugie dziesięć minut, ceremonia palenia papierosa kolejne dziesięć. przesyłkę dostałem w południe, czyli było dokładnie trzydzieści minut po godzinie dwunastej. stawić się miałem do piętnastej, ergo zostały mi dwie i pół godziny na ucieczkę. może nawet trochę mniej, gdyż przeczytałem jeszcze zawarte na odwrocie wezwania pouczenie o moich obowiązkach, co zajęło mi około dwóch minut i informację o moich uprawnieniach, co zajęło mi dziesięć sekund. po błyskawicznym przeliczeniu kilometrów dzielących mnie od najbliższej granicy państwowej i sztormowym dojściu do wniosku, że nie potrafię biec z prędkością 200 km/h, postanowiłem poświęcić pozostały mi czas na stopniowe porzucanie ogarniającej mnie paranoi.

tu nawet nie chodzi o roztrząsanie bardzo prozaicznego aspektu mojej niechęci, który streszcza się w zdaniu “mam to w dupie i mi się nie chce”. nie chodzi tu też o jakieś pacyfistyczno-anarchistyczne dyrdymały, w które wierzyłem trochę w młodości, a na starość wierzę jeszcze mocniej. tu chodzi o zwykłą przyzwoitość. wielkość wewnętrznych zasobów bezczelności, które niezbędne są do tego, by kazać człowiekowi rzucać wszystko i wyrywać go z życia na dziewięć miesięcy, przerasta moje wyobrażenia o granicach dobrego smaku. więc jak mam się zachować człowiek kulturalny, za którego w porywach dobrego nastroju się uważam, gdy stanie w obliczu absurdalnego chamstwa, jest kompletnie bezbronny. a jeżeli owo chamstwo jest do tego bezosobowe, jeżeli rozmywa się na tysiące płaskich umysłów, skala bezbronności, której podporządkować się musi człowiek kulturalny, wzrasta kilkukrotnie. bo do kogo mam się zwrócić ze swym uzasadnionym żalem? do pizdeczek z biura wku, które stawiają pieczątki na blankietach wezwań i dopisują rp pismem odręcznym? do bandy matołów, która popiera powszechny obowiązek obrony? wybrałem pana, panie prezydencie, gdyż to pan jest pierwszym mężem dopisku rp pismem odręcznym, gdyż to pan jest ucieleśnieniem bezosobowego chamstwa, z którym muszę się stykać. to pan jest głową państwa i głową służb zbrojnych, a co dwie głowy to nie jedna, proszę więc wybaczyć, lecz to pan będzie osobą, której zadam gnębiące mnie pytanie:

panie prezydencie, czyż pan ochujał?



Kategoria: (Proza) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

Zdarzyło się to pomiędzy spadkiem formy Małysza, a pogrzebem papieża. Ona była piękna, a ja byłem cyniczny; ona umiarkowanie, ja nieudolnie. Spotkałem ją na dyskotece albo w klubie jakimś, gdzie udałem się zapewne w celu upodlenia ostatecznego. Ona stała pod ścianą paląc papierosa, choć palenie papierosów wcale nie było już wtedy modne i markowała rozmowę ze swoim potencjalnym chłopakiem, mężem, narzeczonym, przyjacielem, kochankiem lub ojcem przyszłych dzieci. Miałem cholerną ochotę zapalić.

“Przed otwarciem opakowania foliowego delikatnie przesunąłem ją wewnątrz tak, aby rozrywając opakowanie nic nie uszkodzić. Nie używałem ostrych narzędzi. Ostrożnie się z nią obchodziłem. Wyjąłem z opakowania w ten sposób, aby uniknąć uszkodzenia paznokciem, biżuterią itp.” Czytaj dalej »



Kategoria: (Stare quasi) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

Pozbawiony lekkiego pióra zatracam się w ciągłym poszukiwaniu formy. Wycinam skwaszone fragmenty, poprawiam składnię, co chwila przystaję nad zwiłościami gramatycznymi. I tylko od czasu do czasu zastanawiam się, jak w tym całym mętliku mam odnaleźć klucz do swoich myśli. Dziś przeglądałem swoje starsze (zwykle niepokończone & niedopracowane - spółka z ograniczoną odpowiedzialnością) opowiadania i stąd mi się taki nastrój włączył. Powinienem teraz poświęcić x czasu na to, aby te wszystkie historie podszlifować. Poświęcę go, ale jeszcze nie dzisiaj.

Z drugiej strony zaczynam obserwować pierwsze zalety wynikające z prowadzenia quasi-bloga. Wreszcie ruszyłem do przodu z moim pisaniem. Wreszcie chce mi się coś robić, choćby nawet w formie szczątkowej i tradycyjnie niedopracowanej. Blog to dobry poligon doświadczalny dla nowych pomysłów. Niech nie tkwią więcej tylko w mojej głowie (z której wypadają zwykle bardzo szybko), niech realizują się pod postacią notek. Potem może coś się z nimi zrobi.

Albo i nie.



Kategoria: (Stare quasi) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

Marnuję swój czas perfekcyjnie. Jestem profesjonalistą w bezcelowej tułaczce po miejscach dobrze znanych. Albo nie… słabo wyszło to ostatnie zdanie.

Tak czy inaczej, znów zacząłem pisać. I znów zauważyłem, że jako osoba pozbawiona lekkiego pióra, zatracam się w ciągłym poszukiwaniu formy. Wycinam skwaszone fragmenty, poprawiam nieudolną składnię, co chwila przystaję nad zawiłościami gramatycznymi. I w zasadzie tylko czasem zdarza mi się zastanawiać, jak w tym całym mętliku odnaleźć klucz do swoich myśli.

Uwaga na marginesie:
Jeżeli początkujący pisarz daje komuś do przeczytania próbki swoich prac, to najgorszą rzeczą jaką można mu wtedy powiedzieć, jest: “Daje się czytać”. Właśnie mam przed sobą instrukcję golarki do włosów firmy Philips i ona też daje się czytać. Tylko co z tego?



Kategoria: (Stare quasi) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

Mam dziwny kaprys, aby napisać coś o sobie. Dużo chodzę. Lubię chodzić, bo wtedy najlepiej mi się myśli. Myśl siedząca, myśl głęboko w fotelu osadzona, tudzież myśl przejściowo na krześle osiadła - to mnie zupełnie nie bawi. Ja lubię myśl poruszającą się, myśl chodzącą, by nie powiedzieć, że nawet z lekka przechodzoną. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że chodzenie moje wywołuje dziwne reakcje otoczenia. Co tu dużo gadać, ja po prostu nie potrafię chodzić w taki sposób, aby ludzie nie zwracali na mnie uwagi. Podobno robię to dziwnie. Na czym ta dziwność polega nie mam pojęcia, zmienić tego również nie jestem w stanie. Tak już po prostu jest.

- Ciebie to łatwo poznać po kroku - powiedział mi ktoś kiedyś.
- Że niby ty mnie poznajesz po kroku? - spytałem niezbyt przytomnie.
- Tak, poznaję - odpowiedział ktoś kiedyś.
- To nie patrz się w mój krok, zboczeńcu jeden - odpowiedziałem przytomniej.

Jeszcze parę lat temu często zdarzało mi się z tego powodu być zatrzymywanym. Na rutynową kontrol bywałem zatrzymywany, a organem, który tą kontrol chciał przeprowadzać, był zwykle lotny patrol osiedlowych bonzów, w strojach nieodmiennie odblaskowych.

- Jak się wozisz, brudasie? - tak mnie typowo zagajali, a czasem dla wzmocnienia efektu rzucali kamieniem.

Nic nie odpowiadałem, bo cóż odpowiadać mogłem, skoro ich przewaga liczebna była zwykle nie do podważenia. Czasem moje chodzenie tak bardzo im się nie podobało, że delikatną perswazją zmuszali mnie abym chodzić przestawał w trybie natychmiastowym - wtedy zaczynałem biec. Moje bieganie też chyba jest dosyć kontrowersyjne, ale to już temat na zupełnie inną historię.



Kategoria: (Stare quasi) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

W zasadzie to nie chce mi się nic pisać, ale czas się przecież sam nie zabije. Kompletnie nie mam pojęcia, cóż to za subtelne operacje chemii umysłowej doprowadziły mnie do stanu, w którym powiedziałem sobie: “Tak, prowadzenie bloga to jest bardzo dobry pomysł”. Ale skoro tak sobie powiedziałem, to znaczy, że choć przez jedną ulotną chwilę, przez ten jeden jedyny (jakby to powiedział nieoceniony, bo wszelkim ocenom się wymykający, Dariusz Szpakowski) moment, musiałem widzieć w tym przedsięwzięciu jakikolwiek sens. Ten ostatni zdaje się być w moim życiu towarem mocno deficytowym, dlatego też zwykłem dotykać się wszystkiego, co może mi dać znać o jego istnieniu choćby na chwilę. Dotykam kiedy mogę kobiecych piersi i kufli pełnych zimnego piwa - bo jakimś dziwnym trafem potrafią one nadać mej świadomości czasowe poczucie sensu (bądź też tego poczucia iluzję, co w sytuacji beznadziejej również najgorszym rozwiązaniem nie jest). Nie dotykam za to książek Grocholi i masła orzechowego - bo tylko debil szukałby sensu w książkach Grocholi i maśle orzechowym. Czasem dotykam swego łokcia, ale to dlatego że mnie swędzi. O czym to ja mówiłem?

Robienie bloga to chyba nie jest taka głupia sprawa. Gdyby Gombrowicz żył w czasach internetu, to robiłby bloga. Gdyby Kopernik była kobietą, to też by robiła bloga. Skłodowska-Cuire bloga by nie robiła, bo i po co miałaby go robić? Znów się zapętliłem, ale to chyba wynika z tego, że nie chce mi się pisać.

Sens. Jakiż w tym jest sens? Jak można odróżnić się od masy blogujących nastolatek i niedoinwestowanych intelektualnie frustratów? Któż będzie miał ochotę mnie czytać? Nie ukrywam, że zanim przebrnąłem przez całą fazę rejestrowania, konfigurowania, edytorów otwierania i przez te wszystkie fazy, przez które przebrnąć dla założenia swego bloga należy, sens gdzieś mi się był rozpłynął. Znając dobrze moje szczęście, a jego braki jeszcze lepiej, drugi raz już go nie znajdę. Pisać jednak będę pomimo to, bo czas się przecież sam nie zabije.



Kategoria: (Proza) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

Czwartek, 27 marca, godzina 22:58
Warknąłem na nią, po czym bez wyraźnego celu udałem się do toalety. Wlepiając ślepia w zabrudzone lustro myślałem o tym jak się zachowuję, do czego zmierzam i po jaką cholerę to wszystko jeszcze ciągnę. Wyszedłem z nieodwracalnym zamiarem wygarnięcia jej wszystkich swoich żalów i trosk, zrzucenia z siebie ciężaru myśli plugawych a brudnych, po czym swój nieodwracalny zamiar odwróciłem i wyszeptałem tylko delikatne: “Wal się na ryj”. Ania odpowiedziała mi lekkim pochrapywaniem, a właściwie to odpowiedziała ścianie, bo do niej była zwrócona swoją ładną twarzyczką. Oznaczać to mogło jedynie tyle, że już śpi i nie jest zainteresowana tym, co chcę jej powiedzieć. Automatycznie poczułem, że dziś do niczego już jej nie będę potrzebny, dlatego też zarzuciłem na siebie odzienie wierzchnie i wyszedłem z tego gniazda rozpusty suto zaprawianej nienawiścią; wyszedłem nie trzaskając nawet drzwiami, choć gnała mnie ku temu niezwykła ochota.

Tego dnia zaczęliśmy się kłócić chyba bardziej dla zasady, niż z jasno określonego powodu. Brak wystarczającej przestrzeni życiowej, naszego prywatnego lebensraum, doskwierał tak dotkliwie, iż byle pretekst mógł się stać przyczyną długotrwałych zatargów. Nie ważne, o co - ważne żeby bolało; nie ważne, po co - ważne żeby. Wyszedłem z domu bez celu. Oczywiście, że chciałbym powiedzieć: wyszedłem po to, aby zapomnieć, wyszedłem, aby przewietrzyć swój umysł zatęchły, wyszedłem, aby nabrać dystansu do siebie i życia swego, czy też wreszcie wyszedłem po kwiaty, które będę trzymał w rękach, klęcząc przed miłością mego życia i przepraszając za wszystko, co zrobiłem; za to, co powiedziałem, za to, co pomyślałem i za to, że jestem, jaki jestem: bezczelny, brutalny i cyniczny drań. Chciałbym tak powiedzieć, ale tego nie zrobię, bo byłoby to gigantyczne kłamstwo; wyszedłem z domu bez żadnego celu i nic tego nie zmieni. Czytaj dalej »



Kategoria: (Proza) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

Dokładnie nie pamiętam jaką nalewkę wtedy piliśmy, ale co to za różnica. Pogoda była ładna, a mnie jak zwykle drażniły problemy emocjonalne. Od czasu do czasu, dokonywały one płynnej metamorfozy w ogólno-egzystencjalne rozważania na tematy powszechnie znane. Wiadomo o co chodzi: cel istnienia, sens życia i ząb mnie boli. Historia, którą chcę opowiedzieć, zaczęła się od siedzenia: materialnego na krześle i duchowego na dnie. Choć zwrócony jestem zwykle ku sprawom tego drugiego, postanowiłem w ramach wyjątku i higienicznej odmiany, osnuć swą opowieść na problemach związanych ze światem zewnętrznym. Dlatego też nie będziesz, szanowny czytelniku, zamęczany głębią analizy przeżyć mych duchowych. Czas na relaks! Czas na banalną opowieść od krzesła się zaczynającą! Czytaj dalej »



Kategoria: (Proza) Autor: szelma Data: 6 marca 2008

Tatko to był prawdziwy figlarz. Tak mówiła pani Bożenka z drugiego piętra, którą łączyły z nim specyficzne więzi natury fizjologiczno-emocjonalnej. Więzi te dawały o sobie znać pomiędzy godziną dziesiątą rano, o której tatuś zwykł wstawać, a piętnastą po południu, o której to z pracy zwykła wracać mamusia. Zapewne przez wzgląd na te marne pięć godzin w dzień powszedni i tyle samo w co drugą sobotę, opinia publiczna naszej klatki zgodnie określała mojego tatę za ‘moralnie podejrzanego’. Mi jednak, zdecydowanie bardziej przypadał do gustu ten ‘figlarz’. Czytaj dalej »